Świętujemy razem Dzień Ojca.

Dzień, w którym stałem się ojcem.

Jako dziecko patrzyłem na swojego ojca i widziałem przede wszystkim jego obecność, kiedy tylko jej potrzebowałem. Był tam - w zwykłych dniach, w rozmowach, w chwilach, które z pozoru nie miały w sobie nic szczególnego. Dziś widzę je inaczej. Widzę w nich dar i wsparcie, które budowały się powoli, ale bardzo trwale – na całe życie.

Pismo Święte mówi: „Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy” (2 List do Koryntian 1:3). Kiedy czytam te słowa teraz jako dorosły, będąc ojcem dwójki dzieci, zaczynam dostrzegać w nich coś więcej niż tylko opis Boga. Widzę w nich zaproszenie - aby każdy ojciec próbował choć w małej części odtworzyć tę troskę i cierpliwość w swoim rodzinnym życiu.

Nie jest to łatwe. Ojcostwo nie daje gotowych instrukcji obsługi czy schematów działania. Często pojawiają się pytania, na które nie znamy odpowiedzi i szybkiego rozwiązania. A jednak właśnie w tej niepewności pojawia się coś ważnego - zależność od Boga – naszego Ojca w niebie. Zrozumienie, że nie jesteśmy idealni, ale możemy być narzędziem dobra otwartymi na współdziałanie. A umiejętności przychodzą z czasem. To jak nauka gry na pianinie – zaczyna się prostymi melodiami, granymi jednym palcem by z czasem treningów stać się wielkim dziełem.

 

Dzień, w którym stałem się ojcem.

Wyraźniej zrozumiałem to w dniu, który na zawsze pozostanie dla mnie wyjątkowy. Kiedy moja córka przyszła na świat w dniu 23 czerwca - w Dniu Ojca i w dniu także moich urodzin. Za oknami szalały burze, pioruny uderzały w okoliczne drzewa łamiąc konary. Jednak ten moment był pełen radości i głębokiego wzruszenia. W jednej chwili wszystko nabrało nowego znaczenia. A chwilę później pogoda zmieniła się rozpoczynając słoneczne popołudnie.

Patrząc na narodzone dziecko, po raz pierwszy naprawdę poczułem ciężar i piękno tego słowa: ojciec. Pojawiło się pytanie - czy będę potrafił? Czy dam radę być kimś, kto sprosta temu zadaniu? I pierwsze wzięcie dziecka na ręce, pierwsza zmiana pieluszek, pierwsza kąpiel, spacer.

W Księdze Mormona czytamy: „W wyniku małych i prostych spraw powstają wielkie rzeczy” (Alma 37:6). Te słowa często do mnie wracają. Bo właśnie takie jest ojcostwo - budowane z drobnych codziennych gestów, z rozmów, z chwil cierpliwości, z uśmiechu, z obecności, z czytania razem książek, pomocy przy lekcjach, z wspólnych rodzinnych posiłków.

W tamtej chwili przyszła mi też na myśl prosta prawda: „Jeśli tedy wy, będąc złymi, umiecie dobre dary dawać dzieciom swoim, o ileż więcej Ojciec wasz, który jest w niebie, da dobrych rzeczy tym, którzy go proszą” (Ewangelia Mateusza 7:11).

Nie odebrałem tego jako wyrzutu. Raczej jako pocieszenie i wskazanie na przyszłość. Przypomnienie, że nie muszę być doskonały - mogę się uczyć. Że moje niedoskonałe starania mogą być wypełniane mocą Boga i przez niego nagradzane.

Nie poznałem swoich dziadków, zmarli zanim się urodziłem. I wtedy zrozumiałem coś, czego wcześniej nie widziałem tak wyraźnie: ojciec na ziemi też jest dzieckiem. Dzieckiem Boga. I tak jak jego własne dziecko patrzy na niego z zaufaniem, tak on sam może patrzeć ku niebu.

To zmieniło moją perspektywę. Odpowiedzialność nie znika, ale przestaje być ciężarem, który trzeba unieść samemu. Staje się drogą, na której można iść razem z Chrystusem.

Jezus Chrystus wielokrotnie pokazywał, czym jest miłość oparta na działaniu. Nie była to miłość głośna czy demonstracyjna, ale wierna i obecna. „Ja jestem dobrym pasterzem; dobry pasterz życie swoje kładzie za owce” (Ewangelia Jana 10:11). To obraz troski, która nie szuka uznania, ale dobra innych. Tak działają rodzice.

Ojcostwo, którego do dziś uczę się każdego dnia, jest właśnie taką drogą. Nie zawsze łatwą, ale pełną sensu. I z perspektywy czasu coraz częściej odkrywam – jego pełną radości.

Nie radość głośną, ale tę cichą, która pojawia się, gdy widzę uśmiechy moich dzieci. Gdy słyszę ich rozmowy. Gdy mam świadomość, że mogę być częścią ich życia.

Myślę też o tym, że dziecko nie potrzebuje doskonałego ojca. Potrzebuje ojca, który jest. Który próbuje. Który czasem się myli, ale nie przestaje wracać. To przypomina mi inny fragment: „Ujrzał go jego ojciec, użalił się i pobiegłszy rzucił mu się na szyję, i pocałował go.” (Ewangelia Łukasza 15:20). W tej przypowieści widzę obraz Boga, ale też lekcję dla siebie - zawsze pozostawiać otwarte drzwi, zawsze zaczynać od miłosierdzia.

Dzień Ojca, w którym sam zostałem ojcem, stał się dla mnie początkiem drogi. Nie momentem, w którym wszystko już wiedziałem, ale chwilą, w której zacząłem naprawdę rozumieć, kim mogę być.

Dziś, kiedy wracam myślami do tego dnia, czuję wdzięczność. Za mojego ojca, który także został ojcem jak ja w Dzień Ojca. Za przykład, który może nie był nazwany wielkim, ale był w pełni prawdziwy. Za moje dzieci, które każdego dnia uczą mnie już więcej, niż sam mógłbym je nauczyć.

I przede wszystkim - za Boga, który cierpliwie prowadzi mnie przez tę drogę. Który przypomina, że nawet w swojej niedoskonałości mogę być narzędziem dobra.

Ojciec to nie tytuł, który się otrzymuje raz na zawsze. To relacja, która się buduje - z dzieckiem, ale też z Bogiem. I może właśnie dlatego jest tak wyjątkowa.

Dziś z córką świętujemy nasze wspólne urodziny i pamiętamy o Dniu Ojca, który stał się nierozłączną częścią naszego urodzinowego święta.